Nasyzm planem było zrobienie Kopenhagi i Malmo, najniższym kosztem. Stad też wyszło stopowanie. Po minucie machania zgarneli nas polacy i zawieźli pod most łączący Szwecję z Danią. Wysadzili nas przy zjeździe z bramek. Dosyć dziwne miejsce, bo wchodząc tam, masz autostradę i bramki(trudno mi to opisać). Po sekundzie zaczeła do nas krzyczec jedna babka z odprawy - hey, what are you doing here? where are you from? - yyyyy, Czech Republic - aaaaa, Poland. Udawanie upośledzonych nam nie wyszło, nie wiem czemu kobieta domyśliła się, że Polska. Ktoś już wcześniej tam się przypadkowo wpakował?
Przez to musieliśmy pokonać trochę pól aby wejsc na autosrade przed bramkami. Po kilku minutach zgarneła nas taksówka(za darmo) i mogłyśmy się cieszyć powyższym widokiem.
Koleś podwiózł nas na lotnisko w Kopenhadze i poradził, ze jak chcemy jechac do centrum, to byśmy wsieldi w pociąg, przejechali w toalecie, albo udawali, że nie wiemy nic o biletach. Wybraliśmy 1 opcję, bo niestety łapanie stopa szlo nam bezskutecznie. To było 15 min(odczuwalnie- wieczność) z sercem w gardle. Nie wiedizałysmy czy nie będzie chamskiego pukania, albo czy juz z drugiej strony nie czeka cierpliwie kontroler.
Z centrum musiałyśmy się udać na akademiki. Co tez nie było łatwe, bo jednak bilet kosztuje ok. 18zł, a wchodzi się 1 drzwiami. W rezultacie, pamiętam, że spytałam się na przystanku jednego kolesia czy ejst to własciwy przystanek i tak jakoś zaczelismy rozmawiać. Powiedział, ze uwielbia ludzi z CS, że sam w to się też bawi. Zaczełysmy mu mówic o bilecie, pytać się czy można płacić w euro(miałyśmy jedynie 50 koron- ok. 25zł), ale kolega widocznie nas polubił, skasował za nas bilety, przez to, że jesteśmy z CS. Trochę niedorzeczne, że ludzie są aż tak pomocni.
Z ludźmi z akademika poszlismy na jakąś imprezę na kampusie. Ciężko powiedzieć jaka tam panuje atmosfera. Szczegolnie kiedy nikogo się nie zna, a spotyka sie polaków, którzy robią dziwne problemy. Była taka sytuacja, że poszlysmy też z jedną polką. I ona rozmawiała z jednym polakiem po polsku. Potem on do nas zagadał po ang, ale nie odwalając szopki odpowiadaliśmy mu po polsku. nagle zaczął się drzeć, ze on nie jest polakiem, co my sobie wyobrażamy, ze na pewno jesteśmy z Warszawy itd., itd... Szkoda, że nawet na uniwersytetach można spotkać takich buraków.
Nastepnego dnia udałyśmy się na zwiedzanie Kopenhagi...
Gosia i nasz host-anglik.
Dla niektórych wejście do raju. Panuje tam pełna legalizacja, brak policji, zakaz robienia zdjęć, mnóstwo beczek z ogniem, przy których ogrzewają się sprzedawcy marihuany. Ciekawy klimat, ale dla mnie nie na długo.
Główna ulica handlowa
Mimo zimna, miałam ochotę tam stać wieczność, słuchając ich.
| Niestety, wyglądem papki, nie zachęcało, a mimo to szybko się rozeszło. |